środa, 21 sierpnia 2013

Norweskie wakacje cz. III National Park Rondane

Nareszcie nastał dzień pierwszego wyjścia w góry. W końcu po to tutaj przyjechałem żeby zdobywać szczyty i podziwiać dziką norweską przyrodę. Dzień niezmiennie zaczynam od zimnego prysznica, który szybko stawia mnie na nogi i pobudza do działania. Potem kawa, śniadanko, do plecaka prowiant na cały dzień wędrówki i ruszamy do granic parku. Główny nasz dzisiejszy cel to szczyt Vinjenronden 2044 m n.p.m leżący w najstarszym norweskim parku narodowym Rondane. Już w czasie jazdy widzę z okien autobusu że będą to całkiem odmienne góry niż te w których do tej pory miałem okazję być. Inne kształty,roślinność, wielkie przestrzenie. Na parkingu przy wejściu do parku ostatni przegląd zawartości plecaka, mapka rejonu do ręki i ruszamy doliną wzdłuż rzeki Store Ula w kierunku chaty Rondvassbu leżącej na jeziorem Rondvatned. Ostatniego i jedynego cywilizowanego miejsca na trasie naszej dzisiejszej wędrówki.



Nasza grupa szybko się rozprasza, każdy swoim tempem podąża przed siebie. Ja chyba najwolniej... spowalniają mnie widoki, co krok się zatrzymuję i uwieczniam na moim aparacie otaczające mnie góry.
Na szlaku pustki i co ważne we wszystkich górach norweskich, nie ma obowiązku poruszania się znakowanymi ścieżkami. Chętnie z tego przywileju korzystam i kluczę swoimi ścieżkami, wolno posuwając się do przodu.


Wędrówka doliną jest lekka i przyjemna, pogoda sprzyja więc mogę w spokoju napawać się otaczającymi mnie widokami. Powoli zbliżam się do chaty nad jeziorem gdzie mamy zdecydować kto jaką trasę wybiera na dzisiejszy dzień, można na lekko w okolicach jeziorka albo na ciężko w  otaczające nas dwutysięczniki.


Ja decyduję się bez zastanowienia na opcję dwutysięczników, tym bardziej że pogoda dopisuje i rysuje się szansa zdobycia nadprogramowo najwyższego szczytu, góry Rondeslottet 2178 m n.p.m. Szybko zjadam kanapkę, zapijam napojem energetycznym i czym prędzej ruszam na szlak, bo długa droga przede mną, a czasowo jestem trochę ograniczony. No chyba że zamiast autobusu wybiorę opcję powrotu pieszo 25 km do campingu, ale tego by mi moje nogi chyba nie darowały.


Ostrym podejściem spod chaty szybko nabieram wysokości i dostaję się do następnej wielkiej doliny otoczonej skalistymi szczytami, środkiem której płynie kolejny potoczek z chłodną i orzeźwiającą wodą.
W tym upale jaki panuje, ta wypływająca tutaj zewsząd woda jest dużą wygodą dla wszystkich przemierzających ten szlak i ja z tej wygody też często korzystam.


Szlak powoli wznosi się do góry a za mną rozpościerają się coraz piękniejsze widoki nie tylko na pasmo Rondane ale również na ośnieżone szczyty Jotunheimen.


Kończy się  lekka ścieżka i zaczyna się ostre podejście na przełęcz po wielkich i ostrych głazach, co jest bardzo męczące i wymaga zachowania dużej uwagi, gdyż łatwo tutaj o kontuzje nogi. Ale z zaparciem i w pełni skoncentrowany zdobywam powoli wysokość i szczęśliwie docieram do siodła pod Vinjeronden.


Robię tylko krótką przerwę na kilka łyków płynu i kilka fotek, składam kijki i zaczynam wspinaczkę granią na szczyt. Na szczęście kamienie są bardzo wielki, płaskie i w miarę stabilne, co bardzo ułatwia wspinaczkę i dość szybko docieram na szczyt. Teraz mogę sobie pozwolić na dłuższą sesję foto i oszacowanie sił, bo najwyższy szczyt kusi, tylko czasu niezbyt wiele.

w tle Rondslottet 2178 m n.p.m
Decyduję się jednak zaatakować tą "górkę", w końcu jestem tak blisko to trzeba spróbować, najwyżej będę miał dodatkowe kilometry do zrobienia jak autobus odjedzie. Przyśpieszam kroku, jednak bardzo ostrożnie bo zejście na przełęcz jest bardzo strome. Teraz dopiero z przełęczy widzę że może być jednak ciężko, nie dość że wieje tak że nie mogę utrzymać równowagi to jeszcze podejście jest bardzo strome a grań bardzo wąska i miejscami mocno eksponowana. No ale powiedziało się "A" to trzeba powiedzieć "B". Mozolnie pomagając sobie rękoma, uważnie stawiam stopy na skale i posuwam się do góry.


Uff...no i wyszedłem, jednak się udało. Warto było zaryzykować dla tych widoków jakie się rozciągają dookoła, w końcu to najwyższy szczyt tych gór i widok mam otwarty na wszystkie cztery strony świata.
Sprawdzam czas, jest dobrze można się posilić, odpocząć przed zejściem i zrobić trochę zdjęć ze szczytu.


Plan na dzisiaj zaliczony z nawiązką, dwa dwutysięczniki zdobyte. Można powoli wracać w dół. Idzie mi to dużo lepiej i sprawniej, przez co zostaje mi jeszcze trochę czasu na krótkie foto postoje. Chcę maksymalnie wykorzystać czas żeby było potem co powspominać i czym się pochwalić.


Pozostałych doganiam tuż przy chacie nad jeziorem, teraz pozostaje już tylko godzinka drogi do parkingu.


I tak powoli dobiegło do końca, moje pierwsze spotkanie z górami Norwegii. Był to bardzo owocny i obfitujący we wrażenia dzień. Dobry początek górskiej przygody.


Link do albumu
https://picasaweb.google.com/112312179743284627330/ParkNarodowyRondane?authuser=0&feat=directlink

4 komentarze:

  1. Czyta się:)
    Norwegia sni mi sie po nocach, chętnie podążę Twoimi śladami, choć wirtualnie.
    Pytania mam:
    szedłeś na szczyt całkiem sam?

    jak z komarami i meszkami, których tam podobno zatrzęsienie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Vinjeronden szliśmy większą grupą, a na Randslottet wchodziłem sam :)
      Komary tylko na campingach, ale tyle samo co u nas :)

      Usuń
  2. super stronak i piekne zdjecia

    OdpowiedzUsuń